JAK JUŻ MĄŻ ROBI PREZENTY, TO KONKRETNIE



Wracając dzisiaj do domu pobliskim parkiem myślałam o tym, o czym właściwie chciałabym napisać na blogu. To, że miałam chęć na samo pisanie nie było dla mnie niczym zaskakującym - codziennie coś piszę, notuję, zakreślam.

Słoneczne popołudnie, orzeźwiający, chłodny wiatr, drzewa powoli zmieniające kolor na złocisto-brązowe... Prawdziwa polska jesień.

I tak oto postanowiłam napisać o weekendzie styczniowym w Londynie. Logiczne.




W ubiegłym roku obchodziliśmy z Michałem pierwsze wspólne święta. Jako, że uwielbiam robić prezenty - wiedziałam, że tym razem muszę przebić wszystko.
Zakupy zrobiłam bardzo uważnie i przemyślanie. Prezent składał się z wielu mniejszych rzeczy, z których każda miała ogromną wartość, ponieważ naprawdę była przydatna i potrzebna. Żadnych zbędnych głupot, żadnych "zapychaczy" prezentowych - tylko fajne, konkretne upominki, które miały uprzyjemnić i usprawnić życie. Każdą rzecz zapakowałam osobno i do całości napisałam rymowankę. Każda zwrotka oznaczała kolejny pakunek i dawała małe wskazówki o jego wnętrzu.
Byłam z siebie niesamowicie dumna!

Gdy Mąż rozpakowywał prezenty aż chichotał z radości i co chwila kiwał do siebie z niedowierzaniem. Oczywiście myślałam, że zachwycał się moją pomysłowością, ale okazało się, że powód był jeszcze lepszy...

Po rozpakowaniu ostatniego prezentu, Michał wręczył mi kopertę. A w niej? Wręcz niemożliwe.

Kartka z rymowanką!


Telepatia chyba naprawdę istnieje!

Każda zwrotka wierszyka oznaczała miejsce w mieszkaniu, w którym schowany był kolejny prezent. Zaczęłam od małych, drobnych - słodycze, grzane wino, kosmetyk. Ale im dalszą część rymowanki odczytywałam, tym bardziej zaskakujące były prezenty - świąteczne onesie, selfie-stick, biżuteria. Aż dotarłam do samego końca.

Dwie koperty. W jednej mapa Londynu, w drugiej list pełen miłości i dwa bilety zarezerwowane na styczniowy weekend do Wielkiej Brytanii. Oszalałam!

Od kiedy tylko pamiętam mam bzika na punkcie angielskiego, Anglii samej w sobie, brytyjskich YouTuberek, itp, itd. A tu nagle pojawia się w życiu Mąż, który spełnia marzenia #goals.

Weekend zaplanowaliśmy co do minuty tak, aby zobaczyć wszystkie najbardziej nas interesujące miejsca. To był krótki, ale bardzo intensywny czas. Na całe szczęście hotel mieliśmy dosyć blisko centrum, tuż obok stacji metra, która zawieźć nas mogła bezpośrednio w każdy zakątek, który chcieliśmy zobaczyć.

Udało nam się zwiedzić wszystkie miejsca, które sobie zaplanowaliśmy: Camden Market. Chinatown, Pałac Buckingham, ogrody królewskie, Big Ben, London Eye, Muzeum Nauki, Tower Bridge, Hyde Park, Regent's Park, St James's Park, Piccadilly Circus, Tate Britain i jeszcze kilka innych. Ponadto była masa pysznego jedzenia (nie mogło się obejść bez tradycyjnego angielskiego śniadanka), cudowna, wyjątkowo słoneczna pogoda i kilometry przejeżdżone metrem oraz słynnym czerwonym, dwupoziomowym autobusem.

Poniżej kilka ulubionych zdjęć! 


W tym również smaczek - fotografia ze sklepu Disneya tuż przy dyniowej karecie Kopciuszka i ja, Małgorzata, w stroju superbohatera! :D







 










   




Jakie są Twoje ulubione miejsca w Londynie?
Co powinniśmy odwiedzić kolejnym razem?
Daj znać w komentarzu :)


To może Cię zaineresować:

0 komentarze